Tegoroczna edycja najtrudniejszego ultramaratonu świata zakończyła się zwycięstwem trasy. Mimo rekordowo wczesnego startu 14 lutego 2026 roku, żaden z 40 uczestników nie zdołał ukończyć pięciu pętli w limicie 60 godzin.
Zimowe warunki i rekordowo wczesny start
Rywalizacja w Frozen Head State Park rozpoczęła się w sposób nietypowy, bo już w walentynkowy poranek. Zgodnie z tradycją, o godzinie 5:00 czasu wschodniego Gary „Lazarus Lake” Cantrell zadął w muszlę, a punktualnie o 6:00 zapalił symbolicznego papierosa, co oznaczało oficjalny start biegu. Był to najwcześniejszy termin w 40-letniej historii wydarzenia, co postawiło przed biegaczami zupełnie nowe wyzwania klimatyczne. Zamiast typowej dla przełomu marca i kwietnia aury, zawodnicy musieli zmierzyć się z surowymi, lutowymi warunkami, w tym z przenikliwym zimnem i mniejszą ilością światła dziennego.
Dodatkowym utrudnieniem była trwająca przebudowa terenu obozowiska, co zmusiło organizatorów do przeniesienia startu pod wiatę parku i ustawienia prowizorycznej, żółtej bramy. Trasa, jak co roku, była nieoznakowana, a zawodnicy musieli nawigować wyłącznie za pomocą mapy i kompasu, odnajdując ukryte w lesie książki. Według relacji Keitha Dunna, jedynego oficjalnego źródła informacji z trasy, tegoroczna pętla została poprowadzona w odwrotnym kierunku, co dodatkowo zdezorientowało nawet doświadczonych weteranów Barkley Marathons.
Warunki atmosferyczne szybko uległy pogorszeniu, zamieniając i tak ekstremalny bieg w walkę o przetrwanie. Choć sobota zaczęła się od słońca i temperatury 13 stopni Celsjusza, to już wieczorem nad park opadła gęsta mgła i zaczął padać ulewny deszcz. Opady zamieniły strome podejścia, takie jak słynne „Rat Jaw”, w śliskie, błotne pułapki, co drastycznie wpłynęło na tempo i bezpieczeństwo uczestników.
Dramatyczna walka faworytów na trasie
Skala trudności tegorocznej edycji znalazła odzwierciedlenie w statystykach. Z 40 startujących, reprezentujących 15 krajów, zaledwie 12 biegaczy zdołało ukończyć pierwszą pętlę w wymaganym limicie czasowym. Jest to jeden z najniższych wskaźników w historii zawodów, gdzie średnio pierwszą pętlę zalicza około 26 osób. Wśród startujących znalazło się 10 kobiet, w tym Séverine Vandermeulen, która jako pierwsza Belgijka w historii podjęła to wyzwanie.
Na czele stawki uformowała się silna grupa, w skład której weszli m.in. Sébastien Raichon z Francji, Damian Hall z Wielkiej Brytanii, Mathieu Blanchard oraz Amerykanin Max King. Po zakończeniu drugiej pętli zawodnicy stosowali desperackie metody, by radzić sobie z wilgocią; Hall zdecydował się na bose pokonanie lodowatego potoku, a King konstruował prowizoryczne kalosze z plastikowych worków. Mimo determinacji, trzecia pętla okazała się barierą nie do przejścia dla większości z nich.
Ekstremalne zimno i mgła zmusiły Blancharda do wycofania się w połowie trzeciego okrążenia. Podobny los spotkał Kinga, który po odnalezieniu zaledwie czterech książek uznał, że warunki są zbyt niebezpieczne, by kontynuować bieg. Na placu boju pozostali jedynie Raichon i Hall, ścigając się z nieubłaganym czasem i narastającym wycieńczeniem organizmu.
Sébastien Raichon z jedynym „Fun Run”
Ostatecznie Barkley Marathons 2026 po raz 26. w historii zakończył się brakiem finiszera na pełnym dystansie pięciu pętli. Jedynym sukcesem sportowym tegorocznych zawodów było ukończenie tzw. „Fun Run” (trzech pętli w czasie poniżej 40 godzin) przez Francuza Sébastiena Raichona. Dotarł on do żółtej bramy z czasem 38:05:46, co jednak nie pozwoliło mu na wyjście na czwartą pętlę, gdyż przekroczył limit 36 godzin o ponad dwie godziny.
Damian Hall, mimo ogromnego wysiłku, powrócił do obozu bez kompletu stron z książek, co zgodnie z surowym regulaminem oznaczało dyskwalifikację i brak zaliczenia nawet trzech pętli. Oznacza to, że po raz drugi z rzędu nikt nie pokonał morderczego dystansu szacowanego na około 100–130 mil z sumą przewyższeń przekraczającą 60 000 stóp. Wyniki te pokazują, że zmiany wprowadzone przez Lazarusa Lake’a oraz przesunięcie terminu na luty skutecznie „uszczelniły” trasę przed biegaczami.
Zwycięstwo trasy nad człowiekiem w 2026 roku przypomina o pierwotnej naturze tego biegu, gdzie czynniki zewnętrzne są równie ważne co przygotowanie fizyczne. Barkley Marathons pozostaje najbardziej tajemniczym i bezlitosnym wydarzeniem w świecie ultra, w którym sukcesem jest już samo przetrwanie na szlaku.
Barkley pozostaje niepokonany w 2026 roku
Tegoroczna edycja potwierdziła reputację Barkley Marathons jako biegu, w którym natura ma ostatnie słowo. Mimo obecności światowej elity, brutalne lutowe deszcze i mgły Frozen Head skutecznie uniemożliwiły powtórzenie sukcesów z 2024 roku. Kolejna szansa na pokonanie „trasy, która zjada swoje dzieci”, pojawi się dopiero za rok, o ile Lazarus Lake ponownie nie przesunie granic trudności.



